Wczoraj

Miałam dodać wczoraj wpis… że nowe, że niewiadoma, że strach… Zapomniałam. ;)

Dziś jestem o ten jeden dzień mądrzejsza. Było dobrze i jest nadzieja na dobry czas, na lepsze jutro.

Podobno najbardziej ranią najbliżsi… zapewne dlatego, że to właśnie od nich oczekujemy najwięcej wsparcia i zrozumienia, to w nich szukamy oparcia i spokojnej ostoi. Przykro mi…

Kolejny pierwszy raz

Niemal 14 kilometrów marszu poprzedzonych 3,5 zrobionych na rowerze.

Cóż… robiłam już indywidualnie zbliżonej długości spacery, ale to było coś trochę innego. Deszcz, zimno, trochę obcych ludzi… atmosfera? akurat ona to chyba potrzebuje dłuższych tras, ale ja ekspertem w tej dziedzinie nie jestem ;)

Było dziękowanie i mam nadzieję, że dotarło…

Hm… ciekawe czy dłuższą trasę też bym pokonała… XD

Autorytet z krwi i kości

Zacznę tak słownikowo-encyklopedycznie:
W ujęciu personalnym autorytet jest to osoba, która posiada cechy nadające jej pewną wyjątkowość i niepowtarzalność. Szczerość, prawdomówność i integralność wszelkich płaszczyzn ludzkiej egzystencji z pewnością budzą zaufanie. Nie bez znaczenia jest niesamowita charyzma oraz wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, ale również godny zaufania profesjonalizm.
Nie ulega wątpliwości, iż tak wyraźna, konkretna i mocno charakterystyczna jednostka wywołuje skrajne emocje – można ją kochać lub nienawidzić lecz trudno przejść obok niej obojętnie.

Koniec części pierwszej. ;)

Wiele razy słyszałam ludzi przyznających się do posiadania autorytetu… jednak na palcach jednaj ręki mogę policzyć przypadki, gdy osobą tą był ktoś z bliskiego otoczenia. Czy naprawdę nie sposób znaleźć wzoru godnego naśladowania, wśród grona osób wypełniających naszą szarą codzienność? A może to wina perspektywy… i ten podziwiany, będący niemal ideałem, aktor – z bliska nie różni się zbytnio od prozaicznego pana Włodka z trzeciego piętra?

Oczywiście można przerzucać się wielkimi nazwiskami, ale jaki sens pustych słów gdy nadal brakuje tego punktu umożliwiającego marsz na azymut.

Dziś piszę jako dziecko,
które w końcu poznało pana Włodka i… nie znalazło ideału, lecz zwyczajnego człowieka z krwi i kości. Pan Włodek jest mądry i rzeczowy, ma niezwykłe poczucie humoru i zaraźliwy śmiech, a za okazaną pomoc nie oczekuje nagród i aplauzu. Jednocześnie pan z trzeciego piętra potrafi być zrzędliwy i opryskliwy. Pamięć o przeszłości, walka z teraźniejszością i oczekiwanie jutra – czyli zwykła proza życia, której nie nauczą puste, odległe ideały.
Wyprawa na trzecie piętro przyniosła niespodziewane korzyści… poznałam pana Włodka, którego nie zna nikt na osiedlu.

Każdy gdzieś ma swojego pana Włodka… ;)

Internat przetrwania :)

Dziś rano zeszłam z warty… 9 niełatwych przecież dni, ale jakoś teraz cicho i pusto. Zostały wspomnienia tak barwne jak całe to dziwne miejsce.
Dzieciaki jesteście wspaniałe i mam nadzieję, że Wy też czekacie na ciąg dalszy. :)

Wstyd przyznać, ale czasami fajnie posłuchać pochwał i komplementów. Oczywiście cały ich czar jakoś dziwnie i szybko niknie (bo gdzie ja? przecież kłamią, ewentualnie chcą być mili… tyle mi nie wyszło), ale te zaskakujące słowa pozostają gdzieś tam z tyłu głowy… może kiedyś rozleją się na większy obszar…

Magister kwadrat

Dziękuję, że poświęcałeś resztki wolnego czasu… i tak dalej, i tak dalej… za wszystko! :) Tylko dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś, że ten temat jest taki trudny? :P

PS. Miło było usłyszeć to zagubione, ale jakże serdeczne: „kochanieńka”.

Jaka jest Twoja/moja wiara?

Kiedyś Pewien Nauczyciel przyznał, że nie wie czy potrafiłby w obliczu śmierci pozostać ze swoimi wychowankami i niczym Korczak być z nimi do końca. Właściwie reprezentowaliśmy ten sam pogląd – iż tego typu rozważania są wyłącznie czczym teoretyzowaniem, a prawdy możemy się dowiedzieć wyłącznie w chwili próby.

Teraz zmiana tematu, choć będzie można wychwycić pewną zależność…

Co to znaczy „wierzyć”? Są tego jakieś dające się zauważyć objawy? Czy wiara jest nierozerwalnie związana z cichym męczeństwem i bolesną śmiercią? Znany jest przecież przypadek wiary, która została skalana trzykrotnym wyparciem, do którego przyczyniło się tak boleśnie prozaiczne – ludzkie tchórzostwo.

Co byś zrobił lub powiedział czując lufę pistoletu na skroni? A mniej drastycznie: co jeśli kolega zobaczy, że klęczysz pod Krzyżem? Co jeśli ktoś obcy obsypie szyderstwami?

Pewnego dnia Piotrek udał się do Kościoła, w właściwie do znajdującej się obok Kaplicy Adoracji Najświętszego Sakramentu. Dzień jak co dzień… opatrzony był pogodą zwyczajowo nazywaną „w kratkę” i nie spodziewał się tłumów, co było mu wybitnie na rękę z uwagi, że nie czuł się w tym miejscu (jak to określił) dostatecznie „na miejscu”. Niepewnie przestąpił próg Kaplicy, by następnie cicho, zwinnie i niemal niezauważony przemknąć i zajęć miejsce w klęczniku stojącym najbliżej Ołtarza. Teraz chwila wyciszenia… zegar na pobliskiej wierzy wybił 14… trzeba skupić myśli… od czego by tu zacząć… powoli… mamy czas… ale błoga cisza… zegar wybił 15… ale ogarnął mnie cudowny spokój… chwilo trwaj!…
Życie jednak płynęło dalej, a właściwie to płynęły chmury deszczowe, które teraz właśnie dotarły nad rzeczony budynek sakralny i postanowiły się odwirować… reasumując – spadła ogromna ulewa. Niespecjalnie przejęła ona jednak ludzi znajdujących się pod nie tylko solidnym, ale i regularnie święconym dachem. W tym momencie ktoś wpadł do Kaplicy, a kilka sekund później w polu widzenia Piotrka pojawił się typowy, osiedlowy Seba, którego wizyta stała się podejrzana gdy zaczął namiętnie szarpać żelazne kraty, po czym zaczepnie zlustrował zebranych w Kaplicy. Piotrka ogarnął jakiś przedziwny strachu wymieszany ze wstydem i chęcią ucieczki. Co jeśli on mnie zna? Co jeśli rzuci się na mnie, wyciągnie na środek, opowie wszystkim moje mroczne sekrety, a oni zgodnie oznajmią, że nie powinno mnie tu być? Muszę się skupić… ale ten świdrujący wzrok… wrócić do krainy szczęśliwości, po której hasałem jeszcze niedawno… co ja robię? Przecież ten wyrostek jest, a za chwilę go nie będzie… Kaplica i Monstrancja zostaną oraz paskudne uczucie tchórzliwej przegranej… Sebek próbuje zaczepić. Nie dam mu się! Niech zobaczy siłę modlitwy, niech to stanie się punktem zwrotnym w jego poszukiwaniach. Piotrek zignorował zaczepki i osiągnął najwyższy stan skupienia na jaki go było stać w chwili, gdy Seba opowiadał o Ufo i maszerował między klęcznikami niczym rozwścieczony strażnik obozowy wypatrujący swej ofiary (tylko takie skojarzenia chodziły mu wtedy po głowie). Zaraz oberwę… przecież w takim miejscu nic mi się nie może stać… Boże, żeby tylko nie w zęby, bo świeżo robione i takie drogie… ratunku!… ciśnienie to już mi do 300 podskoczyło… jak coś ma się dziać to teraz… Seba usiadł i rozgląda się oparty o karty, po czym wyszedł pospiesznie gdy starsza kobieta zwróciła mu uwagę na niekulturalne siedzenie tyłem do Ołtarza.
Piotrek niedowierzał we własne szczęście – przeżył i to ze wszystkimi zębami! ;) Zaczął dziękować za Sebę, za to przedziwne wydarzenie, za fascynujące przeżycie, które pozwoli uzmysłowić sobie stan jego własnej wiary. Następnie poprosił by Sebek dostrzegł dziś coś czego wcześniej nie widział, by czegoś zapragnął i zaczął szukać.
Zegar wybił 16…

Aż dziw ogarnia, że takie sytuacje się dzieją (mnie ogarnął :P ).

Tak, to był tylko młody mieszkaniec miejskiego osiedla… żaden terrorysta lub chociażby kamera telewizji ogólnopolskiej czy kolega z klatki obok.

Właśnie taką kaskadę skrajnych emocji wywołał nic nieznaczący incydent w kaplicznym zaciszu… jak zareagowałby Piotrek gdyby była to „ta urocza blondynka spod 8” lub gdyby nagle wjechała kamera polsatowych Wydarzeń? A co gdyby… na szali leżało jego życie?
Piotrek sam tego nie wie…

Czyżby powrocik?

Kiedyś pisałam tu niemal codziennie – żeby wyciągnąć, przemyśleć i poukładać…

Zastanawiam się czy nie byłaby to właściwa metoda na to przedziwne zawieszenie, w którym obecnie trwam… Może udałoby się co nieco przemyśleć i nadać tym myślom jakąś określoną, niemal namacalną formę słów? A może skutkowałoby to wyłącznie ciągłym mieleniem tych samych treści i wątpliwości?

Dziś mija dwa tygodnie i… no właśnie – nic!
Oczywiście wiem, że to nie automat ze słodyczami, ale… no właśnie „ale co?”. Czyżbym myślała, że jestem szczególnie wyjątkowa? Liczyłam na grad gum Turbo, które skrzętnie pozbieram, zmagazynuję w szafie i będę ustawiona do końca życia?
Na co liczyłam?
A zmieniając kąt rozważań: co teraz? Coraz wyraźniej widzę, że zgubiłam się w tym zawiłym gąszczu… może warto poszukać kogoś kto pomoże wspiąć się na dorodną sosnę, by tam rozłożyć skrzydła i polecieć. Tak zrobię, ale (czy ono zawsze musi być? :-? ) teraz powinnam określić swoje położenie, bo żadna ekspedycja ratunkowa nie może być wysłana w nieokreślone „gdzieś”.

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…

Osobisty anioł

„Pan Bóg stwarza dla każdego z nas anioła po to, by nas chronił.”

„Grunt pod nogami”

Też mam takie przeczucie! :)

Oj… zdaję sobie sprawę, że taka deklaracja z mojej strony to lekkie nadużycie… ale to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż się wydaje na pierwszy rzut oka.
Nie wytłumaczę, ponieważ sama jeszcze nie rozumiem…